Maj to jeden z moich ulubionych miesięcy w roku. Jest totalną zapowiedzią nadchodzącego lata. W powietrzu unosi się zapach konwalii, przed knajpami wystają już stoliki i parasole. To również czas pierwszych pikników, kina pod chmurką oraz początek grillowego szaleństwa. Noce bywają jeszcze chłodne, ale lato czuć już na całego. Maj jest umilaczem samym w sobie, ale jakby tak dodać jeszcze kilka…
Maj upłynął mi na testowaniu przepisów z aquafabą. To magia w czystej postaci, na której punkcie oszalała cała Ameryka, ba świat! Ten roślinny zamiennik białka jajek, powstający z wody po ciecierzycy (tak, tak) stanowił czołowy składnik w mojej kuchni. Możecie doświadczyć tej magii, przygotowując puszysty czekoladowy mus – najlepszy, jaki kiedykolwiek jadłam. W dodatku 100% roślinny.
Po wyprawie na Sri Lankę, kraj ten całkowicie zawładnął moim sercem. Po powrocie przeszukałam internety aby znaleźć wszelkie informacji na temat wyspy. Większość książek o Sri Lance to przewodniki, zaraz na drugim miejscu plasują się książki o kolonialnym dziedzictwie wyspy oraz o tragicznym tsunami z 2004 roku. Temat tsunami zgłębiłam podczas rozmów z lokalsami podczas mojej podroży, zaś kolonializm nigdy nie stanowił obiektu moich zainteresowań. Pewnego dnia od niechcenia zaszłam do TK MAXX, gdzie znalazłam książkę „Curry”. Początkowo podeszłam do niej z lekką rezerwą, ponieważ nie traktowała o kuchni lankijskiej ani syngaleskiej. Jednak gdy zaczęłam ją przeglądać, wiedziałam, że jest to strzał w dziesiątkę. To właśnie z niej pochodzi przepis na birmańską żółtą zupę. Ale nie samą zupą książka stoi. Znajdziecie tam mnóstwo smakowitych przepisów. Recenzja książki – niebawem 🙂
Kolejny majowy ulubieniec to również książka – „Mamushka” Olii Herkules (czyż to nie jest urocze nazwisko?), Ukrainki na co dzień mieszkającej w Londynie (chociaż to daleko idące uproszczenie). Chociaż książka obiegła już niemalże całą blogosferę, w moje ręce trafiła na początku maja. Gdy ją dostałam zachowywałam się jak dziecko, przeglądając od początku do końca, od końca do początku, z przerwą na ochy, achy i zachwyty. Bo ta książka to coś więcej niż zbiór przepisów zza wschodniej granicy. To osobista opowieść Olii (zapis celowy), która miejscami znajduje punkty styku z moim własnym sentymentalizmem. Jestem pewna, że „Mamushka” skradnie niejedno serce.
Ten, kto zna talent Zofii Różyckiej, tej wie, jakie cuda potrafi stworzyć. W majowych czasoumilaczach nie mogło więc zabraknąć publikacji Szkoła na Widelcu „Poradnik dobrego jedzenia”. Publikacja co prawda dotyczy racjonalnego żywienia w szkole, ale moim zdaniem powinien przeczytać ją każdy. Genialne!
Nie spędzam zbyt wiele czasu przed telewizorem (oczywiście nie liczymy tu Netflixa i HBO GO). Kuchnia+/Domo+ to właściwie jedyne programy, które oglądam, z naciskiem na ten pierwszy. Majowym ulubieńcem był program Yotam Ottolenghi „Uczty znad Morza Śródziemnego”. Dla fanów „Jerozolimy” czy „Obfitości” to pozycja obowiązkowa.
W maju trzeci raz z rzędu w moje ręce trafił magazyn „Uroda życia” i przyznam szczerze, że mnie pozytywnie zaskoczył. To jeden z nielicznych magazynów, gdzie można znaleźć coś do poczytania prócz plotek z życia gwiazd i gwiazdeczek, a jego lektura nie kończy się na przekartkowaniu. Zwróćcie uwagę na przepisy Agnieszki Maciąg.
A na koniec coś miłego dla oka. Pierwsza propozycja to wegańskie torty-mandale Stephena McCarty. Zachwycał się nimi nawet amerykański Vogue. Jego ciasta są po prostu hipnotyzujące! Druga natomiast to mój ulubiony kanał na YT Home Cooking Adventure, który zawsze zaserwuje nam wizualny majstersztyk.
I jak mawiają last, but not least – niedawno odkryta przeze mnie miejscówka w Warszawie Mojo Picon, specjalizująca się w kuchni z Wysp Kanaryjskich. Nie będę za dużo mówić, po prostu musicie wstąpić na tapas i kieliszek wina. Nie pożałujecie.
Miłego!
I do jutra 🙂


